Jak to się robi, czyli bon ton po polsku
Kilka lat temu znany polski dokumentalista Marcel Łoziński nakręcił film „Jak to się robi”, którego bohaterem uczynił Piotra Tymochowicza, uznawanego za jednego z największych specjalistów w naszym kraju odpowiedzialnych za kreowanie wizerunku. Choć ten filmowy eksperyment mocno podlany jest politycznym sosem – a polityka, jak wiadomo, rządzi się swoimi prawami – tworzy on ciekawy punkt odniesienia do refleksji nad tym, jakie zachowanie przystoi, a czego wręcz należy się wystrzegać nawet w tych najbardziej prozaicznych, codziennych sytuacjach. Krótko mówiąc – jak to się robi?
Przyjeżdżając do Polski, zagraniczni goście nie powinni czuć się jednak szczególnie nieswojo, przynajmniej z kulturowego punktu widzenia. Wszystko dlatego, że pewne standardy zachowań, oczywiście mniej lub bardziej przestrzegane, nie odbiegają znacząco od wykształconych na przestrzeni lat europejskich norm. Dotyczy to zwłaszcza relacji interpersonalnych, a wśród nich, rzecz jasna, niezwykle istotnego pierwszego kontaktu. I tu wariantów jest co najmniej kilka. Z jednej strony bez niespodzianek, czyli ten związany z lokalnymi odmianami stereotypowych formułek typu: „Cześć”, „Dzień dobry”, „Jak się masz?”, czasami dodatkowo okraszanych pewnym popularnym polskim słowem na literę k. Co ciekawe, w jednym z wywiadów do tej kwestii odniósł się wybitny polski operator, pracujący głównie w Stanach Zjednoczonych, Dariusz Wolski, który opowiadał, że właśnie w ten sposób zazwyczaj wita się z nim Johnny Depp. Wariant ten dobrze też ilustruje różnicę narodowych temperamentów, gdyż hiszpański czy włoski uśmiech, jaki towarzyszy słowom „Hola” i „Ciao”, bardzo często niestety ustępuje bliżej niezidentyfikowanemu grymasowi.
Drugi wariant, nieco bardziej wyszukany, związany jest z płcią piękną, a wyraża się pocałunkiem w rękę na przywitanie. Taka forma oddania szacunku kobiecie, praktykowana przede wszystkim przez starsze pokolenie, zdaje się powoli odchodzić do lamusa. A szkoda, choć z drugiej strony, w dobie feminizmu tego typu zachowanie czy na przykład przepuszczenie kobiety w drzwiach, tudzież otwarcie ich przed nią nie zawsze postrzegane są zgodnie z intencją, w pozytywny sposób. Wreszcie trzecia, zabarwiona kolorytem lokalnym i najbardziej ekstremalna forma poznania się, gdy przedstawione wyżej formułki zastępuje natarczywe pytanie „Za kim jesteś?”, zazwyczaj zadawane przez młodzieńców o charakterystycznej aparycji i niezbyt dobrze władających ojczystym językiem. Co prawda, można wypatrywać na okolicznych murach właściwej odpowiedzi (gorzej, jeśli rzecz dzieje się w autobusie), ale z uwagi na znikome szanse dogadania się w jakimkolwiek dialekcie lepiej tę znajomość zawczasu odpuścić.
Publiczne środki komunikacji bywają zresztą oczkiem w głowie mieszkańców wielu polskich miast, a życie toczy się w nich własnym trybem. Istnieje co prawda niepisana zasada ustępowania miejsc siedzących osobom starszym, ale w praktyce różnie z tym bywa, co w konsekwencji może wywołać zniecierpliwienie oraz wiele cichych, jak i głośniejszych komentarzy. Specyfikę tego miejsca i mentalność pasażerów zrozumieć można, oglądając odpowiednią sekwencję znakomitego filmu w reżyserii Marka Koterskiego „Dzień świra”. Brak cierpliwości wydaje się zresztą jedną z naszych narodowych przywar, co potwierdza holenderski trener piłkarzy Wisły Kraków Robert Maaskant. Zapytany po przyjeździe do naszego kraju o to, co go zaskoczyło u Polaków, jako jedną z pierwszych rzeczy podał: kolejki oraz to, jak ludzie się w nich zachowują. Choć w tym konkretnym przypadku nie bez znaczenia pozostają historyczne uwarunkowania.
Kraków określany jest mianem kulturalnej stolicy Polski, w związku z czym pewne obyczaje wynikające z obcowania ze sztuką wykształciły się tu szczególnie mocno. Teatr upodobał sobie zwłaszcza bardziej formalny strój u widzów, Opera Krakowska – zapewne nie bez powodu – na swojej stronie internetowej informuje, kiedy powinno się nagradzać artystów oklaskami, a kiedy nie, podczas gdy kino (choć rzecz jasna nie każde) kojarzyć się będzie najbardziej z unoszącą się wonią popcornu i coca-coli. Wszystkie te miejsca wyczulone są na telefony komórkowe, które winno się wyłączać bądź wyciszać, bo jeśli nie, a ten nie daj Boże zadzwoni w trakcie spektaklu, skończyć się może jak w jednym z odcinków popularnego amerykańskiego serialu „Californication”. W końcu sztuka wymaga poświęceń.
Słowem – co kraj to obyczaj!
