Krakow Film Commission

Filmowa Nowa Huta

Tytułem wstępu
 Nowa Huta jest po Warszawie miastem, o którym zrealizowano najwięcej filmów, głównie krótkometrażowych reportaży i filmów dokumentalnych. Powstały też filmy pełnometrażowe: Człowiek z marmuru Andrzeja Wajdy, Pamięć Kazimierza Karabasza czy mało znane Zagubione uczucia Jerzego Zarzyckiego. Ponadto od 2004 roku realizowane są Nowohuckie Kroniki Filmowe, pokazywane w kinie Sfinks i na antenie TVP Kraków, co jest ewenementem w skali kraju. W sumie o Nowej Hucie zrealizowano ponad 300 filmów, a do końca grudnia 2011 roku 278 Nowohuckich Kronik Filmowych. Na taśmie filmowej…znaleźć można wszystko. I to, o czym chciałoby się pamiętać – i to, o czym lepiej zapomnieć. Wszystko. Bo taka jest natura i odpowiedzialność kina. Dobrze, gdy można nawet po latach, tę naturę i odpowiedzialność na ważnym przykładzie zobaczyć. To właśnie Nowa Huta jest tym jedynym miastem, któremu kamery towarzyszyły od narodzin. A nawet więcej: ona jakby specjalnie dla tych kamer została stworzona. Wymyślona, budowana, istniejąca – zawsze i tylko w przytomności filmowych rejestratorów – miała zostać utrwalona tylko tak, jak chciały ją widzieć w tym przypadku nieobiektywne – obiektywy ich kamer. Wszak waga, jaką przywiązywano do jej wizerunku, była wagą polityczną, propagandową, a więc i ograniczenia jej obrazu były związane z zakresem funkcjonowania cenzur rozmaitego typu - przeznaczenia.Tak było. Ale dziś, po latach, w ten właśnie sposób zanotowana na taśmie realność – żyje życiem nadspodziewanie własnym. Bo choć odwołuje się do znanych z historii ograniczeń , to przecież trudno wyjść ze zdumienia, jak wiele autentyzmu udało się jednak na tych taśmach przemycić. Jak zaskakująco nawet, poprzez zniekształcenia czasu – widać prawdę o ludziach. W czasach, kiedy propagandowa jednowymiarowość okazuje się tylko śmieszna – autentyczny kształt rzeczy, który pod nią przetrwał – nie chce być – egzotyczny. Wygląda zresztą na to, że organizm miasta tak dalece przyzwyczaił się do obecności kamer – że nadal tylko tu możemy sprawdzać to wszystko, co zmienia się w kraju. Jak w soczewce - skupiły się w nowym obrazie – wyglądy nowych przemian. Jeszcze raz miało się więc okazać, że zapis filmowy ma rację. I właśnie na te niezwykłe „ przygody miasta z kamerą” i „kamery - z miastem” chcemy Państwa zaprosić. 

Maria Malatyńska - krytyk filmowy
 
Nakręcona Nowa Huta
Niemal wszystkie filmy , jakie powstały o Nowej Hucie ocierają się o lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte, albo w formie nostalgicznego powrotu do minionych lat, albo w sposób zdystansowany rozliczający się z okresem stalinowskiego reżimu. Budowniczy Nowej Huty zostali uwiecznieni w takich dokumentach, jak Narodziny miasta Jana Łomnickiego czy Budowałem miasto Bohdana Kosińskiego. Propagandowy wydźwięk tych obrazów jest aż nadto oczywisty, dlatego też w późniejszych latach zaczęły powstawać dokumenty odbarwiające fasadowy obraz Polski stalinowskiej. /.../ Jak się okazuje – z perspektywy czasu – to nie propagandowy charakter filmów realizowanych w duchu socrealizmu okazał się najważniejszy, a ich dokumentalny walor, który przetrwał próbę czasu, stał się niepodważalnym świadectwem historii. 

(fragmenty artykułu Katarzyny Wilk – Lodołamacz , 2006 r.)
 

Moja filmowa Nowa Huta
/notatnik osobisty Jerzego Ridana/
Urodziłem się w Bydgoszczy. Spędziłem w tym mieście pierwsze lata swego życia oraz młodość. Planując przyszłość, doszedłem do wniosku, że Bydgoszcz jest dla mnie za mała i że się w niej duszę. Postanowiłem więc wyjechać. Pierwszym miejscem o jakim pomyślałem był Kraków, o którym dobre wspomnienia pozostały po szkolnej wycieczce.

100 złotych w kieszeni
Rodzice przystali na mój wyjazd, po cichu licząc, że wkrótce wrócę. Ojciec dał mi 100 złotych na drogę. Tylko tyle, gdyż w mojej rodzinie żyło się raczej biednie. To były lata sześćdziesiąte i te pieniądze wystarczyły jedynie na trzy noclegi w krakowskim Domu Turysty. Co było robić? W dodatku – chodząc po Krakowie - rosło we mnie przekonanie, że ten wymarzony, piękny Kraków wcale nie jest dla mnie. Gdy na jakiejś tablicy przeczytałem, że w Nowej Hucie jest pokój do wynajęcia, wsiadłem do tramwaju i pojechałem. Pomimo, że był wtedy zimny listopad i wiatr utrudniał drogę nowego miejsca zamieszkania, poczułem się wspaniale. Fascynowały olbrzymie przestrzenie, wielkie bloki mieszkalne i tysiące rozświetlonych okien.

Dotarłem na Osiedle Krakowiaków 5/34. Drzwi otworzyła kobieta z dwojgiem małych dzieci. Pokazała mi pokój. Pomyślałem - rewelacja! Po prostu nie było w nim nic! Tylko białe ściany i płytki PCV na podłodze.

Przez kolejne dwa tygodnie spałem na prześcieradle. Gdy opowiedziałem gospodyni o swoim wyjeździe z domu rodzinnego, aby się usamodzielnić, kobieta okazała się wyrozumiałą. Pożyczyła mi trochę grosza, a o zwrot pieniędzy i zapłatę za wynajęcie pokoju upomniała się później. Na szczęście miałem przy sobie aparat fotograficzny produkcji radzieckiej „Zorka”. To był mój ratunek! Wpadałem na pomysł, aby na krakowskim Rynku robić zdjęcia wycieczkom szkolnym. Proponowałem darmowe zdjęcia. Grupy reagowały z lekką nieufnością. Dodawałem więc zaraz, że za darmo wykonam fotografie do kroniki szkolnej i dla nauczycielki, a jeżeli dzieciom te zdjęcia się spodobają, będą mogły je kupić za 5 pięć złotych za sztukę. Pomysł wypalił i interes zaczął się rozkręcać. Nie spałem chyba dwa tygodnie, cały czas pracując. Zarobione pieniądze wystarczyły na wynajem pokoju i zakup łóżka polowego. Z czasem udało mi się zdobyć jakąś skrzynię, która zaczęła pełnić rolę stołu i schowka na rzeczy. W ten sposób zadomowiłem się w Nowej Hucie.

Życzliwość gospodyni, a potem innych ludzi, dodawały mi otuchy i potwierdzały dobry wybór. Nowa Huta zaczęła być miastem, o którym marzyłem. Przytoczę jeszcze taki przykład… Negatywy z aparatu fotograficznego trzeba było wywołać i potem zrobić odbitki, a do tego potrzebny był sprzęt, którego nie miałem. Pamiętam… Przechodziłem obok bloku przy Alei Róż i przez okno w jakiejś kuchni zauważyłem, że na kredensie stoi powiększalnik. Zapukałem. Drzwi otworzył starszy mężczyzna. Przedstawiłem się i opowiedziałem o swoim problemie. Po kilku minutach trzymałem w rękach powiększalnik i kuwety. Mężczyzna nawet nie zapytał , gdzie mieszkam, ani jak się nazywam.

Klub Filmowy
Dowiedziałem się, że gdzieś w Osiedlu Młodości mieści się Amatorski Klub Filmowy Nowa Huta. Tam swego czasu działał Krzysztof Zanussi, Andrzej Trzos Rastawiecki i Ryszard Zawidowski… Nie mogłem tam trafić. W Alei Róż spotkałem dziewczynę, która znała ten klub i zaproponowała, że mnie zaprowadzi. Poszedłem, opowiedziałem o sobie, a także o filmach, jakie chciałbym robić i… zostałem. Na prawie sześć lat! Z czasem w tym klubie dostałem pracę w charakterze instruktora. Właściwie byłem „od wszystkiego”. Pomagałem kolegom przy opracowywaniu scenariuszy, wywoływałem i montowałem taśmy, organizowałem imprezy. Wówczas to był jeden z najlepszych amatorskich klubów filmowych w Polsce. Zdobywaliśmy nagrody na festiwalach. Realizowaliśmy filmy nie tylko o Nowej Hucie, także o ludziach i miejscach, z których się oni wywodzili. Mecenasem była huta, więc działaliśmy w strukturach Zakładowego Domu Kultury Huty im. Lenina. Pieniądze dostawaliśmy z zarządu kombinatu, ale co jest ważne, nikt nas nie zmuszał do tego, żeby robić filmy produkcyjne czy relacje z zebrań partyjnych.  

Nowohucki Woody Allen
O pierwszych filmach zrealizowanych w AKF Nowa Huta nie wiele wiedziałem. Gdy w 1964 roku pojawiłem się w klubie, Krzysztof Zanussi i Andrzej Trzos /później Trzos – Rastawiecki/ przebywali już w Warszawie. Inni członkowie klubu, jak Martyna Kłos, Jerzy Kaszycki czy Krzysztof Konarzewski, zajęci byli pracami związanymi z uruchomieniem przyszłej telewizji w Krakowie. Pomyślałem wówczas, że i ja powinienem zrobić swój film. Zaplanowałem, że będzie nosić tytuł Spacer , że nie będzie długi, jakieś sześć, siedem minut. Chciałem w nim opowiedzieć historię dziewczyny, która spaceruje ulicami miasta, w którym tętni życie, ludzie są szczęśliwi, a ona samotna, nie ma nawet z kim porozmawiać. Taka banalna historia. Znalazłem odpowiednią osobę, która miała zagrać w filmie. Załatwiłem kamerę „Pentaflex 16mm” produkcji NRD, do której akumulator wzięliśmy z… traktora. Był bardzo ciężki. Dwie osoby go przenosiły. Lało się z niego. Spodnie mieliśmy wypalone od kwasu. Pojawił się jednak problem, gdyż dziewczyna, która miała grać rolę bohaterki… uciekła z planu. Dlaczego to zrobiła, nie mam pojęcia. Może wystraszyła się amatorskiej ekipy? A może mnie, bo byłem bardzo chudy i przypominałem Woody Allena, którego wówczas jeszcze nikt z ekranu nie znał. Wszystko jednak skończyło się dobrze. Znaleźliśmy dziewczynę ładniejszą. Całość nakręciliśmy zgodnie ze scenariuszem zapisanym na dwóch kartkach zeszytu w kratkę. Nie mieliśmy jednak muzyki. Zebrałem się na odwagę i poszedłem do Polskiego Radia przy ulicy Szlak. Trafiłem na redaktor Teresę Siedlarową, której wytłumaczyłem, że chciałbym nagrać na fortepianie muzykę do swojego filmu. Na pytanie, kto ma zagrać, odpowiedziałem, że ja. Zdziwiła się, ale wyraziła zgodę. Dostałem najlepszy fortepian, jaki był w studio i wspominając obrazy z filmu, zagrałem kompozycję, która przyszła mi wtedy do głowy. Spacer pokazywany był na Festiwalu Młodych w Krakowie. W jury był prof. Antoni Bohdziewicz ze Szkoły Filmowej w Łodzi. Dostałem drugą nagrodę za „dziełko”, które – przyznam się - powstało według wskazówek z podręcznika „Jak kręcić film”. Natomiast dziewczyna, która w tym filmie zagrała, została moją żoną.  

Amatorzy z pasją
Gdy po latach wspominam amatorski klub filmowy, to przede wszystkim myślę o ludziach, którzy tam działali. Pochodzili z różnych środowisk. Studenci, robotnicy, młodzież szkolna, a także ludzie z wyższym wykształceniem, wśród nich wykładowcy UJ i malarze z dyplomem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.

Z perspektywy czasu, to może i dziwne… Ale dla nas – wówczas bardzo młodych – ważne były spotkania z ludźmi starszymi, a więc z różnymi doświadczeniami. Dyskutowaliśmy o pomysłach filmowych, scenariuszach, no i oczywiście o sprzęcie filmowym. Czasami całe noce spędzaliśmy razem, montując filmy na prymitywnych przeglądarkach. Była to ciągła walka z czasem. Zdarzało się, że jadąc na jakiś festiwal, kończyliśmy montować filmy w pociągu. Nigdy nie mogliśmy zdążyć.

Duże problemy występowały z udźwiękowieniem filmów. Trudno było uzyskać synchron obrazu z fonią. Dźwięk – najczęściej muzykę – „puszczało” się z prostego magnetofonu, a obraz ze stojącego obok projektora. O synchronie obrazu z dźwiękiem można było tylko marzyć. Natomiast zawsze dobrze było słychać terkot głośnego projektora! Poza tym wszyscy autorzy filmów modlili się na festiwalach, aby sklejka nie „poszła”, to znaczy, aby film się nie zerwał. Najczęściej się rwał.

Czasami pokazy naszych filmów organizowaliśmy dla mieszkańców Nowej Huty. Niekiedy w sali imprezowej Ogniska Młodych /zwanego popularnie Jedynką, częściej w kinie Sfinks przy dawnej ul. Majakowskiego /obecnie Obrońców Krzyża/. W innych nowohuckich kinach projekcje trudno było organizować, bo wyświetlane w nich filmy cieszyły się zbyt dużą frekwencją /kłopoty z wynajęciem sali/. Dodam, że zdobycie biletu na atrakcyjny film fabularny było tak trudne, że trzeba było korzystać z „koników”, którzy bilety sprzedawali po zawyżonej cenie. Dobrze więc się stało, że w jednym z robotniczych hoteli powstał Dyskusyjny Klub Filmowy, kierowany przez Zbigniewa Wyszyńskiego. Niestety, nie wiele ludzi o klubie wiedziało. Z czasem projekcje DKF - u odbywały się w Ognisku Młodych. Prelekcje wygłaszał Krzysztof Kwinta z AKF Nowa Huta, a później Marysia Malatyńska. 

Nie wolno!
Mieszkając na os. Krakowiaków, często przechodziłem obok krzyża, przy którym gromadzili się ludzie. Później dowiedziałem się o historii tego krzyża. 27 kwietnia 1960 roku doszło do tragicznych wydarzeń. Mieszkańcy Nowej Huty nie chcieli dopuścić do usunięcia krzyża, który stał na miejscu budowy przyszłego kościoła. Interweniowała milicja, a później ZOMO. Użyto armatek wodnych, petard, a także ostrej amunicji. Byli poturbowani i ranni. Pięćset osób aresztowano. Nowa Huta miała być miastem socjalistycznym, a więc bez Boga. W 1956 roku I Sekretarzem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej został Władysław Gomułka. Ludzie mieli nadzieję na zmiany. Do Warszawy udała się delegacja mieszkańców Nowej Huty z petycją o zezwolenie na budowę świątyni. Gomułka wyraził zgodę. W 1957 roku podczas uroczystości - w której udział wzięły tłumy mieszkańców Nowej Huty - ustawiono i poświęcono krzyż. Powołano Komitet Budowy Kościoła, zaczęto zbierać pieniądze i rozpoczęto prace przy wykopach pod fundamenty. Jednak w 1960 roku władza zmieniła zdanie. Ludzie nie mogli zrozumieć, że w mieście - które budowali – nie może stanąć kościół. Nowa Huta miała wówczas ponad… 100 tysięcy mieszkańców.

O wydarzeniach tych chciałem zrobić film. Szybko jednak zrozumiałem, że jest to niemożliwe. Cenzura nie dopuściłaby do tej realizacji, a klub miałby duże kłopoty.

Problemy były też z kapusiami, którzy interesowali się działalnością klubu /szczególnie na początku lat sześćdziesiątych/. Instruktorem był wówczas Rysiek Zawidowski. Podczas jednej z „wizyt” z archiwum klubowego zarekwirowano kilka filmów, które do dnia dzisiejszego nie zostały zwrócone.

Filmu o krzyżu nie mogłem zrealizować również wtedy, gdy studiowałem w Szkole Filmowej w Łodzi, a także w latach następnych. Dopiero w 1996 roku Andrzej Fidyk - realizując w telewizji publicznej cykl Czas na dokument - podpisał przedstawiony przeze mnie scenariusz filmu Róg Marksa i Obrońców Krzyża, który zrealizowałem. 

Kombinat kwasem przeżarty
Na przełomie lat 60. i 70. dyrektorem Zakładowego Domu Kultury Huty im. Lenina był pan Jan Żabicki, który interesował się działalnością AKF Nowa Huta i przychodził oglądać nasze nowe projekty. Miał wielką nadzieję, że film realizowany wspólnie z Maciejem Korusem, wówczas pracownikiem Walcowni Gorącej Blach, będzie wydarzeniem artystycznym. Obraz, który powstawał na wielu wydziałach huty, został zatytułowany „Współczesna symfonia”. Po zmontowaniu materiału doszliśmy do wniosku, że nakręciliśmy nieprawdziwy, bo zbyt ładny obraz kombinatu – taki kolorowy cukiereczek. Zapewne przyczyniła się do tego taśma ORWO COLOR, która zarejestrowała nienaturalne kolory. Byliśmy zrozpaczeni. Rzeczywisty kombinat to przecież brud, huk i spocone twarze hutników! 

Wtedy postanowiłem zrobić rzecz karkołomną. Ubrałem grubą rękawicę i szmatą nasączoną kwasem siarkowym przetarłem całą taśmę. Po prostu - zniszczyłem film. Efekt wyszedł jednak niezły. Do tych plam, które powstały na taśmie, dopasowałem dźwięki. Żabicki film obejrzał, no i zarzucił, że źle wywołałem taśmę. Oburzony wyszedł bez słowa. Nie mogłem mu przecież powiedzieć, że zrobiłem to specjalnie. Film wysłaliśmy na Ogólnopolski Konkurs Filmów Amatorskich w Oświęcimiu. Dostaliśmy pierwszą nagrodę.

Zielona budka i znowu ubecy
Na początku lat siedemdziesiątych przeprowadziłem się do nowego mieszkania na os. Tysiąclecia. Wtedy właśnie, podczas rozmowy z ks. kard. Karolem Wojtyłą dowiedziałem się, że niedaleko mojego domu - na „polach mistrzejowickich” – ustawiona została altana, w której jakiś ksiądz prowadzi punkt katechetyczny. Poszedłem zobaczyć.

Przede mną wyłoniła się sceneria, jak z filmów neorealizmu włoskiego. Pomiędzy łanami zbóż zobaczyłem niewielką, pomalowaną na zielono budkę, a przed nią siedzące na ławkach dzieci ze szkolnymi tornistrami. Ksiądz wymachiwał ręką, dzieciaki głośno śpiewały, a gdzieś w oddali widać było nowe bloki mieszkalne z balkonami, na których suszyło się pranie.

Zadzwoniłem do znajomego fotografika Teodora Chrząszcza. W kilka dni później zaczął on robić zdjęcia, a ja filmy. Przed „zieloną budką” pojawiało się coraz więcej ludzi. Ksiądz Józef Kurzeja - bo takie miał ten ksiądz nazwisko - zaczął odprawiać msze Święte, spowiadać i udzielać ślubów. A gdy na ważniejsze uroczystości przyjeżdżał czarną „Wołgą” ks. kard. Karol Wojtyła, wtedy zbierały się tłumy wiernych. Było więc co filmować, ale łatwo nie było. Kamerę brałem z klubu filmowego - najmniej widoczną – czeską „Admirę 16 mm.” Ujęcia robiłem z ukrycia. Z czasem zacząłem poznawać „ubeków”. Chodzili za mną. Najczęściej chowałem się w gęstym tłumie. Niekiedy kamerę przekazywałem Teodorowi lub zostawiałem w „zielonej budce” i uciekałem.

Na początku 1974 r. fragment zrealizowanego materiału dałem do skopiowania w laboratorium TVP w Warszawie. To był błąd. Trzeba było przewidzieć, że ktoś doniesie. Następnego dnia miałem rewizję w domu. Nic nie znaleźli. Materiały miałem ukryte w krakowskiej Kurii.

Czułem jednak, że jestem śledzony. W końcu podjąłem decyzję. Zrezygnowałem z pracy i w czerwcu 1974 r. przystąpiłem do egzaminów wstępnych na Wydział Reżyserii Szkoły Filmowej w Łodzi. Zdałem. W październiku zostałem studentem. W 1976 roku ksiądz z „Zielonej budki” zmarł. Przez lata był inwigilowany, nękany i zatrzymywany przez SB, a także aresztowany. Mieszkańcy Nowej Huty chcą doprowadzić do beatyfikacji swojego kapłana. Teodor Chrząszcz też już nie żyje. Pozostały fotografie i filmy z udziałem ks. Józefa Kurzei. Pieczołowicie je przechowuję.

Jutro
W 1978 roku zacząłem przygotowywać się do realizacji filmu absolutoryjnego. Postanowiłem zrobić film o ludziach, którzy w latach 1951 – 1952 przybywali do Nowej Huty, aby podjąć pracę w kombinacie. Scenariusz przedstawiłem mojemu opiekunowi od fabuły – prof. Wojciechowi Jerzemu Hasowi, który go zaakceptował.

Przystąpiłem do zdjęć. Za kamerą stanął student Wydziału Operatorskiego Szkoły Filmowej w Łodzi - Andrzej Jeziorek, z którym robiłem filmy w AKF Nowa Huta

Po zrealizowaniu scen zgodnych ze scenariuszem, postanowiłem dodatkowo nakręcić współczesne sekwencje ujęć w Hucie im. Lenina. Miały one sugerować, że kombinat nie pracuje, a więc, że jest strajk. Filmowi dałem tytuł przewrotny - Jutro, który miał prowokować i dawać ludziom nadzieję. 

W trakcie montażu połączyłem ujęcia ludzi, którzy pragną zatrudnić się w kombinacie /lata 1951 – 52/ ze współczesnymi ujęciami strajku w Hucie im. Lenina /w 1978 roku był pełną fikcją/.

Oczywiście, w nakręconym filmie nie było flag z napisami „Solidarność”, ponieważ nie sądziłem, że do takich strajków – jakie miały miejsce w 1980 roku – kiedykolwiek dojdzie.

No i doczekałem się. Rektor Stanisław Kuszewski wezwał mnie do gabinetu i zaczął krzyczeć. Trwało to dość długo. Potem bez słowa wyjaśnienia z mojej strony, kazał mnie wyrzucić z uczelni. Kilku profesorów wstawiło się za mną. W końcu dałem się namówić do wyrzucenia sekwencji ze strajkiem. I tak zostałem konformistą, a z filmu pozostały strzępy, czego żałuję.

Pierwszy film w profesji
…zrealizowałem w 1981. Nosił tytuł DANE DO ŻYCIORYSU, a bohaterem był Witold Michalik, który założył Klub Fotograficzny i Amatorski Kub Filmowy „Nowa Huta”.

Pan Witold pracował na stanowisku kierowniczym w jednym z wydziałów Huty im. Lenina. Widząc marnotrawstwo na składowisku sprzętu, sprowadził do kombinatu ekipę Polskiej Kroniki Filmowej, aby zrealizowała materiał interwencyjny. Po ukazaniu się Kroniki na ekranach kin w Polsce, Pan Witold został wyrzucony za bramę huty. Potem pracował w drogówce. Wygrał batalię walki ze śniegiem podczas Zimy stulecia, gdyż z czołgów wojskowych wydobywał łożyska, które montował do pługów śnieżnych. Będąc na emeryturze całkowicie poświęcił się fotografii. Specjalizował się w aktach. Zorganizował ponad 100 wystaw swoich fotografii. Zdobył wiele nagród. Za zdjęcie Macierzyństwo – które prezentowane było na wystawach niemal całego świata – uzyskał Grand Prix w Konkursie Venus w Krakowie. W finale filmu Witold Michalik pyta: „Kto o mnie jutro będzie pamiętał? Może fotografia ma dłuższy żywot ?”.

Pan Witold zmarł w 1985 roku. Jego fotografie nadal pokazywane są na wystawach, a film Dane do życiorysu co jakiś czas można zobaczyć w telewizji. 

* * *

Film o Witoldzie Michaliku kończy pewien etap w moim życiu.

Następny rozpocząłem intensywniej, realizując kolejny film dokumentalny w Łodzi, pracując w Zespołach Filmowych w Warszawie - w charakterze asystenta i II reżysera filmów fabularnych, aby w 1987 roku zadebiutować pełnometrażowym filmem fabularnym Sonata marymoncka na motywach opowiadania Marka Hlaski. Po premierze filmu w Warszawie wróciłem do Krakowa, do Nowej Huty, aby pozostać w niej na stałe.

Jerzy Ridan
/w tekście wykorzystałem fragmenty wywiadu, jakiego udzieliłem Karolinie Żłobeckiej dla Muzeum Historycznego Miasta Krakowa /

JERZY RIDAN - scenarzysta, reżyser, publicysta i pedagog. Na przełomie lat 60. i 70. prowadzi Amatorski Klub Filmowy Nowa Huta. W 1979 r. kończy studia na Wydziale Reżyserii PWSFTViT w Łodzi. Pracuje w Zespołach Filmowych w Warszawie. Jest asystentem i II reżyserem filmów fabularnych. Prowadzi warsztaty filmowe i teatralne w Młodzieżowym Domu Kultury im. Bursy. Debiutuje filmem fabularnym Sonata marymoncka/1987 r./. Jest reżyserem ponad 50. filmów dokumentalnych, nagradzanych na wielu festiwalach, m.in.: Pod światem, Józef Rychlik – kompozytor, Róg Marksa i Obrońców Krzyża, Lenin z Krakowa, Dziewczyny z Nowej Huty, Lot kuli, Orkiestra dęta. Autor książki Krzyż Nowohucki – dzieje walk o wiarę i wolność. Jest jednym z inicjatorów powstania Nowohuckiej Kroniki Filmowej , jej realizatorem, a także kierownikiem programowym i artystycznym Festiwalu ETAP – Nowa Huta, Nowohuckich Maratonów Filmowych oraz Nowohuckiego Festiwalu Filmowego 2009. Jest korespondentem telewizyjnym w Toronto. Prowadzi warsztaty scenariuszowe w Krakowskiej Szkole Filmowej i UJ. Od 2008 jest przewodniczącym Krakowskiego Oddziału Stowarzyszenia Filmowców Polskich.

Jerzy Ridan wyróżniony został odznaką Budowniczy Nowej Huty, tytułem Nowohucianina Roku 2008 /nadanym przez Kapitułę Głosu – Tygodnika Nowohuckiego/, a w Plebiscycie Gazety Wyborczej uzyskał Główną Nagrodę Przewodnika Nowej Huty/2009/.
« Wstecz